Wielkopolski PN
Wtorek, 30 czerwca 2009
· Komentarze(0)
Kategoria treningowo
Dzień po ostatnim egzaminie, tak więc drugi dzień wakacji. Zgodnie z własnym postanowieniem ruszyłem na rower, poznawać to czego jeszcze nie poznałem ;) W WPNie mało jest chyba takich miejsc, w których nie byłbym chociaż raz, ale udało mi się pojeździć tam, gdzie mnie jeszcze nigdy nie było ;) Na początek standardowo trasą dojazdową Dmowskiego-Górecka-Opolska-Luboń w stronę ul. Poznańskiej, która prowadzi przez pola w kierunku Wir.

Potem ruszyłem ścieżką w stronę Starego Puszczykowa, pokluczyłem trochę leśnymi duktami, polanami, aż w końcu wyjechałem tam gdzie chciałem (przynajmniej tak myślałem ;) ). Szybki rzut oka na mapę, żeby się upewnić, że to na pewno tak mam jechać i ruszyłem drogą w stronę jez. Jarosławiec. Dojeżdżając do "Grajzerówki" odbiłem na Jeziory, gdzie zaplanowałem krótki odpoczynek (jedno z moich ulubionych miejsc, trochę też sentymentalnych ze względu na wycieczkę klasową dawno temu, którą urządziła nam w tym fantastycznym miejscu wychowawczyni). Po odpoczynku szybki dojazd do "pierścienia", którym jechałem aż do Stęszewa.
I w tym miejscu zakończyła się terenowa część wycieczki, a zaczęła asfaltowa. Na dobrą sprawę nie wiem, którą wolę: w terenie jestem bliżej przyrody, mogę się bardziej odstresować i odpocząć od zgiełku miasta (a mieszkam prawie w samym centrum, więc mam od czego odpoczywać ;)). Za to na szosie o wiele lepiej się kręci (co odkrywcze nie jest), a podczas samej jazdy wolę chyba jednak gładkość asfaltu, niż dziurawość szutrówki. No ale to pewnie specyfika tego, że mam rower trekingowy, na góralu w terenie jeździłoby się zupełnie inaczej.

Ze Stęszewa przez Trzcielin, Konarzewo, Chomęcice, Głuchowo i Plewiska wróciłem do domu. Atrakcji brak, może poza mszycami (stadium nielotne ;P), które mnie obsiadły, gdy przejeżdżałem obok pól uprawnych. Za takie atrakcje jednak podziękuje..

Chabry, mak i miotła zbożowa :)© Publo
Potem ruszyłem ścieżką w stronę Starego Puszczykowa, pokluczyłem trochę leśnymi duktami, polanami, aż w końcu wyjechałem tam gdzie chciałem (przynajmniej tak myślałem ;) ). Szybki rzut oka na mapę, żeby się upewnić, że to na pewno tak mam jechać i ruszyłem drogą w stronę jez. Jarosławiec. Dojeżdżając do "Grajzerówki" odbiłem na Jeziory, gdzie zaplanowałem krótki odpoczynek (jedno z moich ulubionych miejsc, trochę też sentymentalnych ze względu na wycieczkę klasową dawno temu, którą urządziła nam w tym fantastycznym miejscu wychowawczyni). Po odpoczynku szybki dojazd do "pierścienia", którym jechałem aż do Stęszewa.
I w tym miejscu zakończyła się terenowa część wycieczki, a zaczęła asfaltowa. Na dobrą sprawę nie wiem, którą wolę: w terenie jestem bliżej przyrody, mogę się bardziej odstresować i odpocząć od zgiełku miasta (a mieszkam prawie w samym centrum, więc mam od czego odpoczywać ;)). Za to na szosie o wiele lepiej się kręci (co odkrywcze nie jest), a podczas samej jazdy wolę chyba jednak gładkość asfaltu, niż dziurawość szutrówki. No ale to pewnie specyfika tego, że mam rower trekingowy, na góralu w terenie jeździłoby się zupełnie inaczej.

Jezioro Witobelskie k. Stęszewa© Publo
Ze Stęszewa przez Trzcielin, Konarzewo, Chomęcice, Głuchowo i Plewiska wróciłem do domu. Atrakcji brak, może poza mszycami (stadium nielotne ;P), które mnie obsiadły, gdy przejeżdżałem obok pól uprawnych. Za takie atrakcje jednak podziękuje..








