Pojechałem do szklarni podlać doświadczenie, a następnie na cmentarz posprzątać grób. Nic szczególnego, oprócz pogody. Zbierało się na deszcz, ale na szczęście zdążyłem wrócić do domu.
Pojechałem do Piotra na Plewiska, załadowaliśmy się w auto z Jachem i odwiedziliśmy Decathlon w Swadzimiu (kupiłem śpiwór i śledzie do namiotu). Powrót przez Zakrzewo, przystanek przy Chacie Polskiej. No i czekała mnie droga powrotna, tym razem już na rowerze na Łazarz
Jazda na uczelnię po ostatni wpis do indeksu z praktyk. Później pokręciłem w stronę Cytadeli, a następnie Malty (odwiedzając przy okazji Gosie). Droga do domu przez ścisłe centrum, w tym Stary Rynek i św. Marcin. Taka spokojna jazda bez szaleństw.
W sumie z wielkim kręceniem nie miało to nic wspólnego. Dostosowywałem tempo do reszty stawki, kluczem dnia była dobra zabawa nad jeziorem i wypoczynek ;)
Ale zauważyłem tendencję - im wolniej się jeździ, tym człowiek bardziej się męczy :D
Pierwotnie chciałem pojechać do Szamotuł, ale już po kilku km wiedziałem, że nie dam rady. Po pierwsze wiał silny i nieprzyjemny wiatr czołowy, po drugie bolała mnie noga, czyli odnowiła się dolegliwość ostatnich tygodni. Skróciłem więc swoje założenia, i po otrzyamniu wpisu z ćwiczeń na uczelni pojechałem nad jez. Kierskie. Zadzwoniłem do brata i umówiliśmy się, że przyjadę do niego. Na Plewiska dojechałem przez Przeźmierowo, Batorowo i Skórzewo. Mieliśmy pojechać na wycieczkę samochodową z Jasiem, ale ten wpadł w sidła pierwszych dziecięcych miłości i przez ponad pół godziny był zajęty sąsiadką rówieśniczką ;)
Ale na szczęście wkrótce sąsiadka się znudziła, zapakowaliśmy Jasia do auta i pojechaliśmy do Puszczykowa ;)
Po najgłupszym w moim studenckim życiu egzaminie (z łąkarstwa) pojechałem trochę pokręcić nad Maltą. Odprężenie rowerowe się przydało. Przy okazji odwiedziłem ojca w pracy, i przez Winogrady wróciłem do domu.
Przerwa od nauki, trochę też wymuszona. Musiałem pojechać do szklarni podlać doświadczenie. Przy okazji udało mi się uniknąć niezłej nawałnicy z gradem. Chociaż przebywanie w szklarni podczas intensywnego opadu gradu nie było może najszczęśliwszym wyborem, ale na szczęście nic złego się nie wydarzyło ;)
Gdy przestało padać mogłem zrobić kilka zdjęć tęczy i udać się na krótką przejażdżkę. Objechałem Rusałkę, z przykrością patrząc na turystów, którzy nie mieli gdzie schować się przed ulewą. Powietrze było czystsze, przyjaźniejsze. Następnie pokręciłem w stronę Marcelina i stadionu Lecha, wjechałem w Lasek Marceliński, gdzie złapała mnie mżawka. Tym razem ja byłem mokry ;)