Bo najważniejsze jest zabezpiecznie..
Sobota, 28 lutego 2009
· Komentarze(0)
Kategoria turystycznie
Odpowiednie zabezpieczenie to kwestia kluczowa, jak się okazuje również na rowerze. Piękna pogoda (jak na koniec lutego), słońce od czasu do czasu chowające się za chmury, przyjemny wiatr, temperatura i to czucie w nosie i nie tylko, że to taki mały zaczątek wiosny. Wszystkie powyższe czynniki + wewnętrzna chęć pokręcenia na rowerze sprawiły, że postanowiłem udać się dzisiaj na przejażdżkę. Ale los lubi być złośliwy..
Pęknięcie gumy jest przykre (wszędzie, aczkolwiek ważniejsze są chyba konsekwencję ;P). W przypadku, gdy ledwo wyjechałem z domu, a licznik wskazywał przejechanie niespełna 3km mogę mówić o dużym szczęściu. Moim celem było jezioro Maltańskie, ot taki krótki lecz w miarę solidny wypadzik. Pierwsze wątpliwości pojawiły się na zjeździe Hetmańską w stronę Dolnej Wildy, jakieś takie szmery dziwne, odgłosy "oponowe". Załamanie rąk i mały ból głowy przyszedł jakieś 300m dalej.
Mogę sobie w brodę pluć. Miałbym przy sobie zapasową dętkę i pompkę, to po kilkunastu minutach mógłbym dalej ruszyć w drogę (chociaż nie wiem czy bym sie na to zdecydował, chciałem wrócić do domu przed 13:00, żeby zdążyć na bieg Justyny Kowalczyk ;P).
A ojciec uprzedzał: "zabezpieczenie synu, to klucz do sukcesu"
Cholera bierze człowieka, kiedy przypomni sobie, że równie niefortunny początek sezonu przydarzył się jemu w zeszłym roku oraz dwa lata temu. W roku ubiegłym (prawie dokładnie, gdyż zdarzyło się to 26.02), pech chciał, że najechałem na niewidoczny, aczkolwiek lujski gwóźdź nad Maltą (niepodal kolejki "Maltanka"). Wbił się tak, że miałem problemy z wyjęciem go (dziwne, że nie zauważyłem jak sobie leży i czeka na ścieżce, co?). Dwa lata temu spotkałem się oko w oko z kolcem roślinnym (również nad Maltą), który skutecznie zepsuł miłosną wyprawę rowerową z moją dziewczyną.
W przyszłym roku chyba po prostu zrezygnuje z planowania wycieczek nad Malte w miesiącach zimowo-pozimowych ;)
Pęknięcie gumy jest przykre (wszędzie, aczkolwiek ważniejsze są chyba konsekwencję ;P). W przypadku, gdy ledwo wyjechałem z domu, a licznik wskazywał przejechanie niespełna 3km mogę mówić o dużym szczęściu. Moim celem było jezioro Maltańskie, ot taki krótki lecz w miarę solidny wypadzik. Pierwsze wątpliwości pojawiły się na zjeździe Hetmańską w stronę Dolnej Wildy, jakieś takie szmery dziwne, odgłosy "oponowe". Załamanie rąk i mały ból głowy przyszedł jakieś 300m dalej.
Mogę sobie w brodę pluć. Miałbym przy sobie zapasową dętkę i pompkę, to po kilkunastu minutach mógłbym dalej ruszyć w drogę (chociaż nie wiem czy bym sie na to zdecydował, chciałem wrócić do domu przed 13:00, żeby zdążyć na bieg Justyny Kowalczyk ;P).
A ojciec uprzedzał: "zabezpieczenie synu, to klucz do sukcesu"
Cholera bierze człowieka, kiedy przypomni sobie, że równie niefortunny początek sezonu przydarzył się jemu w zeszłym roku oraz dwa lata temu. W roku ubiegłym (prawie dokładnie, gdyż zdarzyło się to 26.02), pech chciał, że najechałem na niewidoczny, aczkolwiek lujski gwóźdź nad Maltą (niepodal kolejki "Maltanka"). Wbił się tak, że miałem problemy z wyjęciem go (dziwne, że nie zauważyłem jak sobie leży i czeka na ścieżce, co?). Dwa lata temu spotkałem się oko w oko z kolcem roślinnym (również nad Maltą), który skutecznie zepsuł miłosną wyprawę rowerową z moją dziewczyną.
W przyszłym roku chyba po prostu zrezygnuje z planowania wycieczek nad Malte w miesiącach zimowo-pozimowych ;)

Pechowa dętka© Publo


